//////

Kiedy dusza dziecka płacze

avatar_1919_page

Każdy z nas ma swoją własną historię życia i przekazuje ją dalej w mniejszym lub większym stopniu. Nikt nie może być perfekcyjny, co nie byłoby również pożądane. Cierpienia, jakich rodzice przysparzają wciąż swoim dzieciom, są w zasadzie nie do uniknięcia; nie przyczynią się do duchowych chorób dzieci, jeśli tylko uważnie wysłuchamy ich protestu. Wszystkie te częściowo bardzo poważne choroby duszy mają swój początek i pierwsze sygnały. Dzieci zawsze próbują wyrazić swoje uczucia najpierw w sposób bezpośredni. Dopiero wtedy, gdy wielokrotnie doświadczają, że natrafiają na głuche uszy i niewidzące oczy rodziców, a nawet że zostają ukarane, gdy uzewnętrzniają swoje odczucia, dusza zaczyna chorować. Jest to wołanie o pomoc tonącego statku, który nie może już przeciwstawić się gwałtownemu sztormowi, i któremu grozi pójście na dno. Jeżeli zrozumiemy te początkowe sygnały jako apel do naszej własnej duszy, wtedy nie muszą nastąpić tragiczne powikłania.

Ten przykład jest rzeczywiście bardzo tragiczny, wysłuchajcie jeszcze opowieści o ojczymie Aleksandra: Dorastał on sam bez swojego biologicznego ojca, który opuścił matkę zaraz po narodzinach syna, i nie troszczył się o niego nigdy. Pan Saski podczas swojego dzieciństwa miał coraz to nowych „ojców”, dla których był najczęściej uciążliwym intruzem. Kiedy miał dziewięć lat, jego matka oddała go do domu dziecka, w którym również nie doświadczył miłości i ciepła. Dlatego też ojczym Aleksandra nie doświadczając kochającego ojca, nie mógł mieć w sobie „obrazu” dobrego ojcostwa. W obliczu licznych ran zadanych mu w dzieciństwie jego dusza była otępiała. I dlatego nie był w stanie odczuć cierpień, jakich przysparzał swoim zachowaniem Aleksandrowi. Pan Saski jednak w tak dużym stopniu poczuwał się do odpowiedzialności, że zgodził się uczestniczyć w spotkaniach terapeutycznych. Dzięki temu odtajały zamrożone łzy jego duszy z okresu dzieciństwa. Rozpoznał on podobieństwo między własnym cierpieniem, a dostrzeżonym przez niego cierpieniem u Aleksandra. Obecnie stworzyli dobry i pełen miłości związek, w którym ojczym jest również o wiele bardziej szczęśliwy i zadowolony.

Matka Aleksandra nie miała odwagi szczerze porozmawiać ze swoim drugim mężem i stanąć po stronie syna. Obawiała się, że podobnie jak pierwszy mąż, ten ponownie jąopuści. Dlatego też rozpieszczała syna pod nieobecność ojczyma. Kiedy ten jednak pojawiał się w domu odsyłała chłopca do jego pokoju, z którego nie wolno mu było wychodzić przez cały czas obecności jej męża. Aleksander nie mógł już dłużej znieść tej tragicznej sytuacji. Często myślał o samobójstwie. Nie chciał jednak krzywdzić swojej matki, ponieważ wtedy czyniłaby ona sobie gorzkie wyrzuty. Dlatego jego obolała dusza sięgnęła po pomoc symptomu „anoreksja”. Teraz nie musiał już odczuwać swoich kłopotów, czuł się pozornie zupełnie niezależny świadomie nie miał żadnych potrzeb, a więc również nie pragnął, by ojczym zaakceptował go i pokochał, a matka chroniła i broniła.
Tym samym, w sposób pośredni, popełnił on samobójstwo. Jednakże zdrowa jego strona zwracała uwagę na problemy, nie okazując w stosunku do rodziców „złości”, to znaczy agresji. Wściekłość i rozczarowanie, które odczuwał do swoich rodziców, ze strachu przed tym, że zostanie zupełnie opuszczony i odrzucony, skierował nie przeciwko nim, lecz w formie autoagresji przeciwko sobie samemu.

Chciałabym pokazać Państwu na pewnym przykładzie w jak ekstremalnych przypadkach, i w jak ogromnej mierze – aż do poświęcenia własnego życia! – dzieci są gotowe cierpieć z miłości do swoich rodziców. Kochają ich tak bardzo, że są nawet gotowe za nich umrzeć. Może wyda się to Państwu niewiarygodne, ale proszę przeczytać poniższy przykład: Dziewięcioletni Aleksander cierpiał na anoreksję. Był już krok od śmierci, kiedy do mnie trafił, bowiem przy wzroście 158 cm ważył jedynie 24 kilogramy. W trakcie terapii okazało się, że Aleksander chciał podświadomie umrzeć, aby nie stać na drodze do szczęścia matce i ojczymowi. To on właśnie traktował chłopca jako intruza, ponieważ przypominał mu on poprzedni związek jego żony z ojcem Aleksandra, którego wciąż jeszcze postrzegał jako rywala.

Na szczęście pan Bernat coraz bardziej mi ufał i w trakcie terapii mógł na nowo przeżyć wiele swoich dziecięcych tragedii i rzeczywiście je przezwyciężyć. A przy tym uświadomił sobie podobieństwa w swoich zachowaniu w stosunku do własnego syna. Pod koniec terapii rany ojca były tak dobrze zaleczone, że nie musiał on już „mścić” swoich tłumionych i nie wylanych łez duszy. „Zrozumiał” zakorzenioną głęboko z dzieciństwa wściekłość na swoich rodziców. Kontrolował ją w stosunku do syna; karał go już tylko wtedy,  gdy rzeczywiście tego chciał i kiedy nie panowały nad nim podświadome, poważne rany i towarzysząca im nienawiść. Bez zastanowienia wykorzystujemy nasze dzieci, aby ochronić siebie samych przed wybuchem dziecięcych łez duszy. Jest to zrozumiałe, ponieważ któż zgodziłby się dobrowolnie, by przypominano mu wciąż o przeżytych cierpieniach? Tragiczne w tym wszystkim jest jednak to, że nasze „wtrącone do lochów duszy demony” odnajdują nas znowu w naszych dzieciach. To właśnie one są „zwierciadłem”, czy tego chcemy, czy nie. Dlatego też rodzice powinni szukać kluczy do swoich tajemnych „komnat” duszy, jeśli tylko zauważą, że ich dzieci z jakiegoś powodu cierpią.

Sebastian, został zgłoszony w wieku pięciu lat na terapię, ponieważ był bardzo lękliwy, jąkał się i moczył w nocy. Oboje rodzice byli gotowi towarzyszyć dziecku w czasie terapii. Dla ojca była to szczególnie godna uznania postawa, ponieważ w dzieciństwie miał bardzo negatywne doświadczenia z psychologiem. Pewnego razu, kiedy przebywał w domu dziecka, szukał nocą pomocy psychologa dla swojego kolegi, który chciał popełnić samobójstwo. Ale psycholog odesłał chłopca i kazał mu przyjść następnego dnia, w wyznaczonych godzinach. Jeszcze tej nocy kolega z pokoju powiesił się na ramie okiennej. Nie trzeba chyba żadnych dodatkowych wyjaśnień, aby zrozumieć, że pan Bernat nie miał dobrego zdania o psychologach. Próbował on w trakcie swojego życia – z pomocą żony – przezwyciężyć wiele swoich lęków i dramatycznych przeżyć. Jednak wiele ran było jeszcze nie zagojonych. Jego syn wciąż podświadomie przypominał mu jego samego, kiedy był również takim małym chłopcem. Dlatego też co jakiś czas zdarzało się, że ojciec bez powodu złościł się na Sebastiana, także żona musiała bronić syna przed wybuchami agresji ojca. Z drugiej strony natomiast ojciec widział wciąż w synu swoje paniczne lęki i był przekonany, że musi go chronić na każdym kroku. Nie był więc w stanie pozwolić chłopcu na odpowiedni do jego wieku rozwój.

Stosując terapię rodzice mogli uświadomić sobie i wspólnie znaleźć sposoby pomocy dla siebie samych, swojego małżeństwa i całej rodziny.
Klaudia wkrótce przestała się moczyć w nocy i uwolniła się od stanów lękowych, co pozwoliło jej zająć się intensywnie własnymi problemami związanymi z okresem dojrzewania. Zwłaszcza w przypadku konfliktów małżeńskich dzieci często stanowią wypadkową różnych pragnień rodziców. Jednocześnie służą w wielu przypadkach zarówno jako zderzaki, jak i spoiwo. Wielokrotnie słyszałam to zdanie: „Tak, gdybyśmy nie mieli dzieci, to już dawno byśmy się rozstali!” W ten sposób wielu rodziców okłamuje siebie samych; najczęściej to własne obawy, np. przed samotnością, niepewnością, problemami finansowymi wpływają na to, że dwoje ludzi – mimo ogromnych różnic między nimi – pozostaje ze sobą.

Zobrazowało to między innymi problem w ich małżeństwie. Matka Michała wolała spać z synem niż z mężem, ponieważ odpychała jąjego seksualność. Był on, jej zdaniem, zbyt bezpośredni i grubiański, a ona tęskniła za czułymi, delikatnymi, pełnymi miłości gestami. Pan Noll natomiast czuł się – co go usprawiedliwia – odrzucony i poniżony. Powodowało to, że w stosunku do żony zachowywał się jeszcze bardziej szorstko. Było to smutne, ale zrozumiałe – jak wiele innych emocjonalnie błędnych kół. Oboje rodzice nie mieli odwagi przyznać się do prawdziwych uczuć dla siebie, lub też przeciwko sobie, ponieważ obawiali się, że to wyznanie będzie jednoznaczne z końcem ich wspólnego życia. Oboje mieli rodziców po rozwodzie, którzy służyli im za wzór negatywny. A więc jako dzieci nie doświadczyli tego, że można dążyć do konfrontacji i rozmawiać na temat swoich pragnień i uczuć, nie raniąc się nawzajem, a nawet bez obawy, że konsekwencją tego będzie rozstanie.